RSS
sobota, 04 sierpnia 2012
Abesse 2/084 "Monotown View"

Widok miasta... (Abesse 2/084 "Monotown View")

 
Miasta są interesującym tworem. Ludzie stworzyli je, aby być bliżej siebie. By prowadzić interesy, zakładać rodziny. Coraz częściej ma się dość miast - tego zgiełku, ciągłego pędu i stresu. Często też pomimo tak dużej ilości osób wokół siebie czujemy się samotni.
Doskonałym przykładem myślenia właśnie takich osób jest EPka "Monotown View", niemieckiego trio Abesse 2/084. Trwający niepełne 20 minut krążek, przenosi nas w sam środek "szczytu" w dużym mieście. Zaczyna się delikatnie, od pojawiających się oparów ze studzienek kanalizacyjnych ("Fume"). Wychodzimy z ciasnej uliczki i dochodzimy do głównej ulicy. Przypatrujemy się ciągłej gonitwie samochodów i przechodniów biegnących przed siebie, z niepokojem wyczekujemy kolejnych kraks i krzyku ("Glare"). Zaczynamy się zastanawiać jak można żyć w tym wszystkim? Jak odnaleźć spokój w miejscu gdzie spokoju nie ma ("Collision"). Zaczynamy, więc wędrować przez to pochłonięte w szarościach miasto, próbując znaleźć wyjście z tego szaleństwa ("Monotown"). Kiedy dociera do nas, że z tego miejsca nie ma wyjścia, pozostaje nam tylko uśmiech, pełen niemocy i osamotnienia ("Smile").
"Monotown..." to bardzo specyficzny krążek. Melancholijna muzyka zderza się tu z beznadzieją i przygnębiającym klimatem tekstów opisujących "Monomiasto". Jednak podczas słuchania cały czas towarzyszy nam uczucie osamotnienia w wielki, głośnym mieście, którego często nie możemy opuścić.



wtorek, 29 maja 2012
Corrodal - Xei

Zawsze muzyka węgierska kojarzyła mi się z "Locomotiv GT" albo "Omega", w bardzo skrajnych przypadkach z "Archivum". Szperając w poszukiwaniu czegoś nowego natknąłem się na zespół "Corrodal". W języku innym niż węgierski nie udało mi się znaleźć informacji na temat tego zespołu, więcej niż kraj ich pochodzenia oraz to, że grają "instrumental atmospheric metal". Mimo to zaryzykowałem i wcale nie żałuję.

Warstwa tekstowa nie istnieje, a jedyny wokal jaki usłyszałem to jakieś krzyki na początku płyty (na Soundcloud można przesłuchać cały album). Co do warstwy technicznej i muzycznej... Panowie z "Corrodal" solidnie dają radę. Mają ciężki riff, utwory są dynamiczne (nie mylić z agresywnymi) i posiadają intrygującą miejscami melodykę.

Samo nagranie, ku mojemu zaskoczeniu jest na całkiem wysokim poziomie. Instrumenty nagrane wzorowo i niezły miks/mastering.

Obiektywnie oceniając jest to porządny kawałek metalowego grania. Jednakże nie trzeba mu doklejać łatki "atmospheric" czy "experimental". Panowie grają ciekawie, realizując swoje pomysły i łączą różne style bardzo sprawnie. Miejscami słychać nawiązania do hardcoreu, czasem coś co przypominam prog-rockową balladę.

Szczerze polecam. Ja się dobrze bawiłem słuchając tej płyty, choć nie rzuciła mnie na kolana. Ot kolejny krążek, który można potraktować jako ciekawostkę i posłuchać, jeżeli macie oczywiście na coś pomiędzy późnym "Isis" a "The Ocean".

 

A posłuchać możecie tutaj.

21:55, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 maja 2012
"Przygody Tintina (Adventures of Tintin)"

Lubię komiksy. Nawet bardzo. Nie zwracam uwagi czy jest to komiks amerykański, francuski czy też koreański. Liczy się fabuła, bohaterowie oraz przede wszystkim dobra zabawa. A szczególnie te przygodowe!

Tintin (Jamie Bell) jest dziennikarzem, o całkiem niezłej sławie w mieście. Przechadzając się po rynku, w raz ze swoim towarzyszem Snowy'm natrafia na pięknie wykonany model "Jednorożca" - okrętu sir Francisa Haddocka (Andy Serkis). W chwilę po zakupie, mężczyzna o nazwisku Sakharine (Daniel Craig) proponuje niebagatelną kwotę za okręt. Ten jednak odmawia i zanosi model do swojego mieszkania. W chwilę po powrocie maszt modelu zostaje odłamany a z niego wypada rulonik pergaminu, odkrywający część tajemnicy "Jednorożca", który prowadzi Tintina do niekoniecznie-trzeźwego kapitana Haddocka (Andy Serkis).

Czemu lubię filmy przygodowe? Zupełnie odprężają i dają mnóstwo dobrej zabawy. Tutaj wcale nie było inaczej. Świetni bohaterowie, których można polubić oraz niektórych nienawidzić. I energia, którą emanuje ten film! Dzieje się dużo, właściwie to bardzo dużo! Nie ma momentu abyśmy odetchnęli spokojnie. Tak jak kolejne zagadki się ze sobą łączą, tak kolejne sceny przechodzą z jednej w drugą z taką płynnością, że sami nie wiemy kiedy skończył się film.

Na szczególna pochwałę zasługuję strona realizatorska całego filmu. Zrealizowano go przy użyciu technologi motion capture, lecz zrobiono to tak, że miejscami nie wiedziałem czy oglądam animację czy prawdziwych aktorów. Ścieżka dźwiękowa też jest niesamowita. Połączenie solidnej muzyki filmowej i stylowego jazzu z lat 30.

Śmiało polecam wszystkim ten film. Bez względu na wiek, płeć, poglądy polityczne. Nie polecam go jedynie osobom, które szukają drugiego dna i ambitnego kina. To nie tutaj. Tu jest tylko dobra zabawa.

plakat

niedziela, 13 maja 2012
"Kobieta w czerni" (Woman in black) 2012

Daniel Radcliffe to aktor znany. Znany tylko z roli Harrego Pottera, a szkoda... Teraz po zakończeniu historii o młodym czarodzieju, aktor postanawia udowodnić, że stać go na więcej. Ale czy mu się udaje?

Młody notariusz, Arthur Kipps po stracie ukochanej żony może stracić pracę w kancelarii. Otrzymuje jednak szansę, aby dać dowód na to, że zasługuje na etat. Wyrusza na wybrzeże, aby zająć się sprawą spadkową Alice Drablow, właścicielki Eel Marsh House. Po przyjeździe dziwi się, że ludzie mieszkający w miasteczku nieopodal posiadłości są do niego nastawieni wyjątkowo wrogo. Co Arthur znajdzie w starym domu, pośród mokradeł?

Od razu powiem - nie lubię ghost stories. Taka forma zawsze była dla mnie nudna i przewidywalna, a ten film obejrzałem tylko i wyłącznie przez moją lepszą połowę... No i trochę z własnej masochistycznej ciekawości czy Radcliffe potrafi zmierzyć się inną rolą niż reprezentant Hogwartu. I szczerze mówiąc, cieszę się, że dałem się namówić.

Film jest dobry, tak od strony technicznej jak i scenariusza. Świetna praca kamery potęguje efekt tajemniczości oraz izolacji domu, otoczonego mokradłami. Muzyka też robi swoje.

Urzekło mnie w tym filmie budowanie napięcia. Dla części może wydać się przydługie, lecz u mnie sprawdziło się doskonale. Odkrywanie historii Domu na Węgorzowych Mokradłach, kawałek po kawałku wywoływał u mnie dreszcze (a jest to trudne). No i sam pan Radcliffe świetnie się spisał. Dobrze poradził sobie z tą rolą. Zagrał Arthura bardzo oszczędnie, nie przerysowując go, ale oddając prawdziwy strach i smutek jakie targały bohaterem.

Jednakże irytował mnie jeden zabieg - miejscowa przewidywalność "straszaków". Na przykład, Arthur siedzi sobie w fotelu i pracuje. Nagle muzyka staje się gwałtowniejsza, najazd kamery i bum! I tego typu sytuacja powtarza się kilkukrotnie.

Oprócz tego nie mam większych zastrzeżeń do tego filmu. Świetny od strony realizatorskiej, ciekawa historia, autentyczni bohaterowie. Nie przypadnie on jednak wszystkim do gustu. Osoby czekające na litry posoki i ciągłą akcję powinny sięgnąć po inny tytuł.

A poniżej zwiastu i plakat.

Plakat

 

wtorek, 08 maja 2012
Anathema "Weather Systems"

Zespół Anathema poznałem kilka lat temu, kiedy natknąłem się na ich album "Hindsight". Połączenie gitary, wiolonczeli oraz przejmujących wokali przekonało mnie do tego zespołu.

Ostatnio dowiedziałem się, że wydali nowym krążek, więc postanowiłem się dowiedzieć czy dalej będę piał z zachwytu nad talentem tych muzyków. Początek był trudny, przesłuchałem płytę do połowy i dałem sobie spokój. Była we mnie jakaś blokada, lecz w końcu usiadłem wygodnie w fotelu i przesłuchałem całość. I tak kilka razy...

Pierwsze co mnie uderzyło to klimat tęsknoty. Uprzedzam jednak, że nie jest to jednak zawodzenie "o jak mi smutno" w kółko, jak to wiele zespołów ma w zwyczaju robić. Tutaj mamy przedstawioną całą historię, począwszy od rozstania aż do pogodzenia się z tym stanem rzeczy, wszystko ładnie ubrane w przenośnie zjawisk pogodowych takich jak burza.

Utwory trzymają wysoki poziom. Mam jednak na tej płycie swoich faworytów. Otwierający "Untouchable, Part 1 & Part 2" to świetny kawałek (traktuję dwa pierwsze tracki z płyty jako jedne utwór), bardzo dynamiczny i przejmujący. Następnie jest smutny "The Gathering of the Clouds", a na samym końcu wyciszający "Internal Landscape".

Jeżeli mam być obiektywny to zespół niczego nowego nie odkrył. Dalej prezentują typowy dla siebie styl balladowo-progresywny. Jest jednak w tym albumie coś co nie pozwala się od niego oderwać, skłaniając przy okazji do powspominania starych czasów.

Polecam!

 

22:29, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 maja 2012
"Avatar: The Last Airbender", serial i coś co przypomina film...

Wczoraj skończyłem oglądać serial animowany "Avatar: The Last Airbender". Szczerze kiedy usłyszałem o tym serialu byłem pełen sceptycyzmu. Moja połowica mówiła: "Tak, spodoba Ci się. Azjatyckie klimaty, tai chi itp". Obejrzałem kilka odcinków na próbę... Nie dałem rady (oglądałem polską wersję). Ale tym razem... Jednakże zacznijmy od początku.

W świecie istnieją Zaklinacze czterech elementów: wody, ziemi, powietrza i ognia. Ponad wielkimi mistrzami Zaklinaczy jest Awatar - most łączący świat duchowy i materialny, mający zaprowadzić pokój pomiędzy czterema nacjami.

Naród Ognia prowadzi agresywną ekspansję. Opiera się mu tylko Królestwo Ziemi, jednakże pomimo krytycznej sytuacji wszyscy nie tracą nadziei, że Awatar, który zaginął sto lat wcześniej powróci i znów zapanuje pokój. Wtedy rodzeństwo z Bieguna Południowego, Katara i Sokka, znajdują bryłę lodu. W jej wnętrzu kryje się Aang, ostatni Zaklinacz Wiatru (airbender). Rodzeństwo oraz cała wioska zaskoczona faktem istnienia airbendera, przypuszcza, że jest on Awatarem. Zanim Aang zdoła ocalić wszystkich, musi opanować pozostałe żywioły. W ślad za nim rusza książę Zuko, opętany chęcią schwytania Awatara.

Tak w bardzo dużym skrócie przedstawia się fabuła tej kreskówki. Ale czy warto obejrzeć tę serię? Według mnie tak.

Główną jej zaletą są bohaterowie, którzy pomimo młodego wieku wiedzą jakie obowiązki na nich ciążą i są zdeterminowani aby osiągnąć swoje cele. Aang ma 12 lat (w zasadzie to 112), lubi się bawić i cieszyć swoim życiem, pomimo to zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji jaka panuje i stara się jak najlepiej opanować kolejne sztuki Zaklinania. Rodzeństwo też daje rade, kiedy rusza wraz z Aangiem w podróż, dzięki której mają nadzieję ocalić świat.

Warstwa graficzna oraz muzyczna też robi swoje. Co prawda wzorowanie się na anime, nie wszystkim przypadnie do gustu, lecz żywa i wciągająca muzyka może jednak pozwoli się przełamać.

Ta seria to nie tylko bohaterowie, muzyka czy humor. Wyjątkowo pozytywnym aspektem tej serii jest fabuła, która pomimo oklepania jest wciągająca do tego stopnia, że cały czas chcemy wiedzieć co będzie dalej. Jako ciekawostkę mogę też zdradzić, że wszystko w tej serii wynika z czegoś, nie ma dużo błędów logicznych dzięki czemu miło się ogląda.

Serial dla mnie jest mistrzowski i jestem pewien, że wrócę do niego jeszcze nie raz. Jednakże jak to Amerykanie mają w zwyczaju, kiedy coś jest popularne muszą zrobić z tego film kinowy. No i zrobili... Za film odpowiada M. Night Shyamalan. Oglądałem "Szósty zmysł" - byłem pod wrażeniem, oglądałem "Osadę" - polubiłem ten film, obejrzałem "The Last Airbender" - chciałem chwycić za broń i zastrzelić tego Pana.

W fabule są gorsze dziury niż w moich skarpetach. W zasadzie to cały film przypomina bardziej zlepek scen. Czym byłby film bez aktorów! I to jakich - Aanga grał chłopczyk, który wyglądał jak wiecznie wystraszona świnka morska skrzyżowana z chomikiem. Najbardziej śmiałem się widząc odtwórczynię roli Katary. W serialu było to silna i pełna oddania postać, tutaj nie wie za bardzo co ma zrobić i wygląda jakby przesadziła z ketaminą.

W całym filmie muzyka mi się podobała... Tak na prawdę to tylko motyw z ostatnich scen.

Ok, to podsumujmy. Serial jest super, bo ma super bohaterów, dobrą fabułę i ciekawe zwroty akcji. Film jest do kitu, bo... Hmmm... Bo powstał. Ten film jest tak zły, że mógłby służyć jako instruktaż pt. "Jak nie robić filmu, jakiegokolwiek.".

00:37, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
"Katawa Shoujo", czyli trochę inaczej o niepełnosprawności...

Witajcie,

Jakiś czasem temu znów zainteresowałem się grami komputerowymi, a to wszystko przez jeden artykuł w CD-Action. Oznaczony jako "Gry kontrowersyjne" tytuł, chciałem potraktować jako niezobowiązującą rozrywkę, coś o czym w chwilę później zapomnę. Nie jest to jednak takie proste...

Hisao Nakai, bo tak nazywa się główny bohater gry jest zwyczajnym nastolatkiem, żyjącym gdzieś w Japonii. No... Może nie do końca zwyczajnym, gdyż ma wrodzoną arytmie i każdy większy wysiłek lub duże emocja mogą spowodować u niego zawał, co ma zresztą miejsce na początku gry. Lekarze radzą mu przenieść się do specjalnej szkoły, Yamaku gdzie będzie mógł wracać do zdrowia. Na miejscu okazuje się być szkołą dla dzieciaków, nie do końca sprawnych (bez kończyn, głuchoniemych czy też niewidomych).

Co zatem jest celem gry? Podbijanie niewieścich serc i godzenie się obecnym stanem rzeczy, w postaci choroby.

Gra należy do gatunku visual novel, a konkretnie gatunku "eroge"(erotyczna odmiana takich gier), jednak erotyka tutaj pokazana należy do tych bardziej wysmakowanych i taktownych. Dla wielu może jednak stanowić przeszkodę kilka rzeczy. Przede wszystkim gra jest stylizowana na mangę/anime, co dla wielu jest już nie do przeskoczenia. Druga sprawa jest bardziej uciążliwa, bo chodzi o rozgrywkę - aby coś osiągnąć w grze musimy przeczytać ścianę tekstu, od czasu do czasu podejmując decyzje, które mają wpływ na to, która dziewczyna będzie "tą jedyną" dla głównego bohatera.

Muzyka jest całkiem ok, czasem pojawią się ciekawe animacje, lecz to nie to jest tutaj najważniejsze.

Istotną częścią tej gry jest temat, który ona porusza. Nie chodzi mi o niepełnosprawności jako taką, ale to w jaki sposób postaci poznane podczas gry radzą sobie z tym czy innym defektem.

W czasie naszego pobytu w Yamaku poznajemy m.in. Lilly, niewidomą, która mimo wszystko chce zostać nauczycielką. Spotykamy także sportsmankę Emi, która pomimo braku nóg biega i nie ma zamiaru przestawać.

Determinacja i poświęcenie liczą się bez względu na to kim jesteśmy i jak wyglądamy. Czy coś zmienia fakt, że nie widzę, abym mógł zostać pisarzem? Ta gra pokazuje właśnie, że nie.

Nie uważacie, że nie ma lepszej motywacji do działania wiedza o tym, że ludzie w gorszej sytuacji radzą sobie ze swoim życiem? Według mnie, nie. Zdarzało się, że użalałem się nad sobą, jednakże widząc niektórych ludzi (np. Aaron Ralston, który przeżył 127 godzin uwięziony w kanionie), czuję się jak ostatni ćwok.

Nie wiem czy spodoba się wam ta gra, jednakże warto zainteresować się nią, chociażby po to, żeby zobaczyć jak radzą sobie osoby w gorszej(?) sytuacji niż my sami.

 

ps. Grę można pobrać za darmo ze strony http://katawa-shoujo.com.

sobota, 07 kwietnia 2012
Może by tak od początku...

Witajcie,

 

Zacząłem się ostatnio zastanawiać nad powrotem do pisania. Tym razem jednak wszystkie teksty miały by należytą korektę, czego nie chciało mi się robić poprzednio. Jakby na to nie patrzeć - wyjątkowo upierdliwe zajęcie.

 

Tylko nie wiem o czym znów pisać? Jeżeli będę pisał znów jakieś wywody natury filozoficzno-moralnej nikt nie będzie tego czytał (chyba, że ktoś z większymi problemami niż ja).

Rozważam kontynuację swojego eksperymentu z zeszłego roku (codziennie film), lecz tym razem rozszerzymy trochę działalność na inne gałęzi rozrywki, czyli muzykę i gry (te bez prądu także).

Mam cichą nadzieję, że znów wdrożę się w pisanie, a osoby tu zaglądające dowiedzą się czegoś nowego.

 

pozdro

Tagi: powrót
12:34, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 września 2011
Coś dziwnego - muzycznego :)

Witam,

 

Dawno tu nie zaglądałem, ale może to i lepiej. Za każdym razem kiedy widzę, że jednak odwiedzacie mojego bloga robi mi się weselej. Ale nie będę teraz dodawał wpisy, żeby się chwalić takimi pierdołami! Znalazłem coś interesującego :)

Lubię muzykę i film, to sądzę można było już zauważyć po wcześniejszych wpisach. Jednak z czymś takim jeszcze się nie spotkałem.

Zespół o nazwie Esmerine. Dwoje muzyków współpracujących m. in. z Godspeed You! Black Emperor (Postrockowy zespół z Kanady, ich utwór "east hastings" został użyty w "28 days later") założyło własny projekt.

Jak na razie słuchałem tylko ich albumu "If Only a sweet surrender to the night to come be true", ale mogę powiedzieć śmiało - nie wiem co to właściwie jest! Muzyka, która jest zawarta na tym krążku jest po prostu magiczna. Każdy utwór przenosi nas w inną scenerię, pokazując przestrzenie, realia innych światów i klimat - raz nostalgiczny, a raz ciepły i romantyczny.

Z początku spodziewałem się kolejnego rockowego grania w stylu Gy!be, ale zaskoczyło mnie instrumentarium tej grupy. Głównie słyszymy wiolonczelę, fortepian i instrumenty perkusyjne. Bądź co bądź śmiało można postawić Esmerine obok Kancheliego czy Reicha (kompozytorzy muzyki współczesnej).

Jeżeli jesteście otwarci na muzykę, śmiało! Nie będziecie żałować tych pięćdziesięciu minut spędzonych ze słuchawkami na uszach. :)

 

pozdrawiam

Tagi: muzyka
21:56, wojciechpaproch
Link Komentarze (2) »
środa, 15 czerwca 2011
Trochę muzycznie... Samael "Lux Mundi"

Witam wszystkich.

Trochę czasu mi zajęło dodanie czegokolwiek na tego bloga. U mnie dużo się nie zmieniło, dalej nie mam umowy i szukam pracy. No cóż... Może w końcu się uda :). Ale ja nie o tym. Ostatnio (tia, w zeszłym tygodniu) zostałem obdarowany z okacji dnia dziecka. I dostałem płytkę zespołu, o którym w gruncie rzeczy zapomniałem, a mianowić chodzi mi o Samael.

Szwajcarzy od zawsze dawali czadu. Oj tak... mają w swojej dyskografi jeden z kultowych albumów metalowych - "Blood Ritual", wg. mnie jeden z najlepszych. Jednak ostatnio ich płyty stawały się dla mnie nierówne. Na przykład "Above" nie podobało mi się, ale "Reign of light" to co innego. Jak możecie się domyślić, dość sceptycznie podszedłem do krążka, ale słysząc pierwsze takty pierwszego kawałka, "Luxferre", rzuciłem wszystko w kąt i skupiłem się na płycie.

Szczerze dawno czegoś takiego nie słyszałem! Mocne riffy i triggery na bębnach przeplatają się z symfonicznymi wstawkami i skrzekliwym wokalem. Ciekawe przejścia, fajnie teksty i wciągające melodie. Tak można byłoby podsumować cały album. Pomimo, że Samael odszedł od typowego black metalu, jestem w stanie im to wybaczyć, jeżeli mam słuchać więcej takich krążków :).

Jak już wspomniałem otwierającym kawałkiem i zarazem promo jest "Luxferre", żywiołowy kawałek, przy którym zaczynamy headbanging. Potem też jest ciekawie, np. doskonały wg. mnie "The Shadow of the sword", a trochę dalej "In gold we trust".

Ci, którzy lubią muzykę i są na nią otwarci znajdą na tym krążku bardzo dużo dobrego, lecz zagorzali fani black metalu, którzy pamiętają ten zespół z czasów "Blood ritual", nie zmienią zdania co do ich obecnego stylu gry. Ja się w tym krążku zakochałem i jeszcze długo nie opuści odtwarzacza. Gorąco polecam!

 

Zespół: Sameal

Tytuł: Lux Mundi

Lable: Nuclear Blast

Rok: 2011

13:16, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Dzień 47 - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny"

Witam.

Widzę, że coś mi czytelników ubyło... Szczerze to trochę mi się smutno zrobiło z tego powodu, ale tylko trochę. Wielu może wydawać się, że Harry Potter, jako postać jest do bani, książka to dzieło szatana itp. Dziwne jest, że większość osób o podobnym zdaniu nie czytała książki, o filmach już nie wspominając. Ja miło wspominam i książki i filmy, zatem opiszmy pierwszy.

Po śmierci rodziców mały Harry, zostaje podrzucony wujostwu, które nie darzy magii dużą sympatią. Mija 11 lat, Harry mieszkający w schowku pod schodami zaczyna otrzymywać listy. W akcie desperacji wuj Vernon, postanawia wyjechać daleko od domu. Udają się do latarni morskiej, lecz tam znajduje ich Hagrid, który wyjawia Harremu, że jest on czarodziejem. Po zabraniu Harrego od wujostwa, opowiada mu o jego rodzicach, oraz o tym jak zginęli z rąk Lorda Voldemorta. Potem Harry trafia do Hogwartu, poznaje przyjaciół: Rona i Hermionę, lecz nie może spać spokojnie, bo Czarny Pan ma się odrodzić.

W bardzo dużym skrócie fabuła zarysowuje się w ten oto sposób. Nie będę się rozpisywał na temat tego filmu bo to w zupełności bez sensu. Typowy schemat walki dobra i zła. Muzyka jest super, a efetky dopracowane. Jedyne co nie podobało mi się w tym filmie to naiwność i wygląd "trolla", którgo bardziej wyobrażałem sobie jak trolla z Warhahmmer FR (wstukajcie "stone trolls" w google, dowiecie się o co chodzi).

Na jakiś czas robię sobie wolne od prowadzenia bloga. Zacząłem dziś nową pracę, i chcę sobie wszystko poukładać.

Pozdrawiam

20:32, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 kwietnia 2011
Dzień 46 - "Once"

Witam.

Nie przepadam za filmami muzycznymi. Głównie ze względu na przewidywalną fabułę i muzykę, która może nie przypaść mi do gustu. Tym razem było inaczej. Urzekła mnie muzyka oraz, co najdziwniejsze fabuła. Dlatego też trudno podejść do tego filmu jako do "filmu" czy "fabularyzowanego teledysku". Spróbujmy!

Chłopak (Glen Hansard) muzykuje sobie na ulicach Dublina, jednak tylko w nocy gra utwory napisane przez siebie. Pewnego wieczoru poznaje Dziewczynę (Marketa Irglova), która jest zachwycona jego piosenkami. Ona też ma talent tylko, że do fortepianu. Z czasem poznając się coraz lepiej dowiadują się coraz więcej na swój temat. Ona, porzucony i zdradzony przez dziewczynę, ona - samotna matka, próbująca odnaleźć się w nowym kraju, mają tylko siebie i muzykę. Postanawiają wspólnie nagrać płytę.

Trzeba nadmienić, że główni aktorzy jeszcze przed stworzeniem tego filmu nagrali wspólnie płytę, pt. "Swell Seasons". Dlatego też cały film bardziej traktuję jak teledysk/album. Dialogi są sporadyczne bo głównie boharowie wyrażają siebie poprzez muzykę.

Miłość do taka dziwna sprawa. Zazwyczaj kiedy się zakochujemy staramy się wytrwać w tym uczuciu. Tutaj obydwoje bohaterów, chce o tym zapomnieć i żyć dalej. Dwie bratnie dusze spotykają się, co jest mało prawdopodobne i zakochują się w sobie, lecz są świadome, że się nie uda. Chyba właśnie ten brak spełnienia uczuć między bohaterami jest tym elementem "romantycznym".

Do warstwy technicznej nie mam co się przyczepić. Realizacja też jest super. Za to muzyka...

Tak, muzyce można śmiało poświęcić trochę więcej miejsca. Motywem przewodnim jest utwór "Falling Slowly", romantyczna ballada, która podpowiada nam, że na nic nie jest za późno. Potem mamy lekko popowy kawałek "If you want me", w którym możemy posłuchać jak Irglova ładnie śpiewa. W filmie zdarzają się też mniej poważne czy melancholijne piosenki, np. "Fallen from the sky" lub "Broken Heart Hoover Fixer Sucker Guy".

Warto oglądać? To zależy... Dużo w tym filmie się nie dzieje, a muzyka może nie trafić do wszystkich. Wrażliwcy odpłyną podczas seansu :)

pozdrawiam

16:06, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 kwietnia 2011
Dzień 45 - "Skowyt"

Witam.

Wreszcie udało mi się! Dorwałem film, gdzie wilkołaki nie są nędzną parodią mitów i wierzeń, lecz czymś czego można się obawiać. Obecnie jest to coraz trudniejsze, bo ile dobrych filmów z wilczą bracią możemy naliczyć w ostatniej dekadzie? Albo w ostatnich 20 latach? Dużo ich nie ma, dlatego trzeba sięgnąć dalej, np. do roku 1981.

Karen White (Dee Wallace) jest reporterką wiadomości wieczornych. Pewnego dnia zaczyna do niej dzwonić niejaki Eddie (Robert Picardo), podejrzewany o serię brutalnych morderstw. We współpracy z policją, wspierana przez wiernego męża Billa (Christopher Stone) postanawia się spotkać z Eddiem. Jednak podczas tego spotkania dochodzi do dziwnych wydarzeń, w wyniku czego Karen doznaje silnego szoku, a niedoszły oprawca zastarzelony. Doktor Waggner (Patrick Macnee) proponuje jej pobyt w Kolonii, jego małej "osadzie", gdzie reporterka będzie mogła dojść do siebie. Kiedy małżeństwo wyjeżdża, w tym samym czasie Chris (Dennis Dugan) i Terry Fisher (Belinda Balaski) prowadzą prywatne śledztwo w sprawie Eddiego. Wszelkie tropy prowadzą do Kolonii, a Karen wcale nie odpoczywa.

"Wewnętrzna bestia" - to określenie często pojawia się w parze z lykantropią (wilkołactwem). Czym jest powodowane? Według wielu osób są to zaburzenia psychiczne, często powodowane napięciem seksualnym i dewiacjami. Przypadków "wilkołactwa" było wiele, nie tylko w średniowieczu czy też w wiekach XVI i XVII, ale zdarzały się doniesienia w XX wieku, często mylone z kryptozoologicznym aspektem likantropii (dogman ze stanu Michigan, bestia Bray Road itp). Ale czym jest ten cały wilkołak? Dzięki literaturze i podaniom, wilkołactwo to klątwa, przemana w potwora mordującego wszystko na swojej drodze. Według filmów, wilkołaki są częściowo świadome swoich czynów, więc komu wierzyć? Nikomu, pamiętajmy, że to fikcja, mit i bajki jakimi na południu Europy straszono niegdyś dzieci. Według mnie "Skowyt" skupia się bardziej na aspekcie seksualnym, gdzie zwierzęce popędy górują nad człowieczeństwem. Pożądanie i sam stosuenk - w filmie są przedstawione jako zachowania instynktowne i odhumanizowane, pozbawiony wyższych wartości. Może i tak jest? Bo przecież to nie tylko serce decyduje z kim idziemy do łóżka, ale także inne czynniki, jak testosteron, ocena atrakcyjności partnera (status, wygląd).

Od strony technicznej bardzo nie podobała mi się gra głównej bohaterki. Była horendalnie drętwa i nienaturalna. Za to Robert Picardo grający Eddiego przypadł mi do gustu, był wiarygodny jako postać.

Montaż i reżyseria były ok, film wzbudził we mnie niepokój. Muzyka i gra świateł potęgowały efekty, ale najlepszym aspektem filmu była charakteryzacja wilkołaków. Niby film mający 30 lat, ale takich efektów i wyglądu "dzieci nocy" to dawno niewidziałem, nawet w bardzo dobrym "Dog Soliders". Tutaj było to poprostu bezbłędne, potwory wyglądały tak jak sobie wyborażałem.

Jeżeli ktoś chce obejrzeć dobry film z wilkami w roli głównej, musi obejrzeć "Skowyt". Natomiast jeżeli ktoś spodziewa się wilczków, podobnych do tych ze "Zmierzchu"... Niech idzie spać, albo obejrzy jakąś komedyjkę.

pozdrawiam

Tagi: wilkołaki
13:09, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 kwietnia 2011
Dzień 44 - "Summer Wars"

Witam.

Znowu anime. Tym razem, nie będące spinoffem serialu, komiksu czy czegokolwiek innego. Chociaż jakby poszukać w sieci... W sieci znaleźć można wszystko, ale czy to dobrze? Z biegiem czasu zaciera się granica prywatności i bezpieczeństwa, życie przenosi się do internetu. Po objerzeniu tego filmu, może zastanowimy się czy warto aż tak uzależniać się od internetu.

Kenji Koiso - uczeń liceum. Nieśmiały, lecz mający talent i wielkie zamiłowanie do matematyki. Pomaga w utrzymaniu Japońskiej sieci OZ, będącej prawdziwym wirtualnym życiem. W OZ możemy rozliczać podatki, zgłaszać sprawy administracyjne, zarządzać firmami, robić zakupy - w pełni interaktywna sieć społecznościowa, dająca możliwości dalece wykraczające poza możliwości obecnego internetu. Pewnego dnia zgłasza się do niego szkolne bożyszcze - Natsuki, proponująca pracę w swoim rodzinnym domu. Po przyjeździe chłopak dowiaduje się na czym ma polega jego praca - udawanie narzęczonego przed babcią, która wkrótce będzie obchodzic 90 urodziny. Kenji, przerażony swoim położeniem, stara się jak najlepiej aby nie wzbudzić podejrzeń licznej rodziny Natsuki oraz babi Sakae. Pierwszej nocy dostaje dziwnego maila, pełnego cyfr. Po odszyfrowaniu go i wysłania rozwiązania, jego konto w OZ zostaje skradzione, a on sam posądzony o zhackowanie systemu i wyrządzenie wielu szkód. Z czasem okazuje się, że nadawcą maila była sztuczna inteligencja, "Love Machine". Kenji pomaga odzyskać kontrolę nad systemem, lecz program nie daje za wygraną i przez zamieszanie jakiego narobił, umiera babcia Sakae. Rodzina pełna wojennych tradycji oraz Kenji będą musieli poprowadzić jeszcze jedną wojnę.

Pierwszy raz słyszałem o tym filmie w grudniu, ubiegłego roku. Śmiało mogę powiedzieć, że przez ostatnie 3-4 lata nie interesowałem się kinem animowanym, lecz w styczniu ciekawość wygrała i po uzbieraniu funduszy zrobiłem małe zakupy dwa tygodnie temu. Nie rozczarowałem się.

Filmów o hackerach i internecie jest sporo, chociażby świetny "Social Network", z ubiegłego roku. Każdy z tych filmów pokazuje pewne sytuacje. Ludzie się wzbogacają, walczą z przeciwnikiem i nic nikomu się nie dzieje. W "Summer Wars" mamy coś odwrotnego. Zamieszanie w sieci, do którego przeniesiono prawdziwe życie i prawdziwe sprawy powoduje niesamowite szkody co zagraża wielu osobom. W końcu program stworzony w celach naukowych, postanawia zagrać w grę, nie mając świadomości ile osób może zginąć. W pewnym sensie można to odebrać jako ostrzeżenie przed internetem, lecz przede wszystkim film bardziej skupia się na wartościach wyższych - na rodzinie. Bo czym jesteśmy bez naszej rodziny? Jeżeli nie trzymamy się razem, często dzieje się dużo złego.

Jeżeli chodzi o warstwę techniczną nie mam zastrzeżeń. Animacja jest świetna, tła żywe i przede wszystkim ciekawe. Ważni też są autentyczni bohaterowie. Muzyka też jest miła, chociażby bardzo ciepła kompozycja podczas gry w wirtualnym kasynie.

Gorąco polecam ten film, nawet osobom, które nie miały jeszcze do czynienia z japońską animacją. Warto obejrzeć tą bardzo ciekawą i ciepłą produkcję.

pozdrawiam

Tagi: anime Japonia
12:34, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 kwietnia 2011
Dzień 43 - "Trigun Badlands Rumble"

Witam.

Serial i komisk Trigun znam od wielu lat, i pomimo lat dalej trzyma poziom. Jest zabawnie, jest dramatycznie, wszystko okraszone świetną muzyką. Moje zdziwienie było niesłychane gdy dowiedziałem się kilka miesięcy temu, że powstał film pełnometrażowy. Jak mogłem tego nie wiedzieć? Nie wiem, jednak musiałem zobaczyć.

Akcja toczy się na pustynnej planecie Gunsmoke. Kilkadziesiąt lat wstecz pojawiają się osoby, dające metody uzyskiwania prądu i wody, dzięki czemu zaczęło tworzyć się wiele większych lub mniejszych osad. Jednak wszystkich przeraża jedna postać - Vash The Stampede - Ludzki Huragan, który niszczy wszystko na swojej drodze. Tak przynajmniej sądzą mieszkańcy. W rzeczywistości Vash, to zwykły facet o niezwykłych zdolnościach (strzeleckich), który przez nagrodę wyznaczoną za jego głowę (60 miliardów $$) nie może spokojnie osiąść w żadnym z miast. Jednak pewnego dnia, przez przypadek jest zakładnikiem podczas napadu na bank. Przywódca zbirów, słynny Gasback uratowany przez Vasha i  zdradzony przez kompanów, postanawia się zemścić. Dwadzieścia lat później, kiedy nagroda za głowę Gasbacka sięga kosmicznych 300 mln $$, do miasta Macca zjeżdżają się najzacieklejsi łowcy nagród, chcą się szybko wzbogacić. Skąd pewność, że akruta w tym mieście pojawi się Gasback? Bo założył je jego wspólnik-zdrajca Cain, a swoją próżność w postaci pomnika samego siebie ubezpieczył na 5 mld $$, co sprowadza do miasta dwie przedstawicielki agencji ubezpieczeniowej - Meryl Strife i Milly Thompson. Do miasta przybywa także tajemnicza Amelia i... Vash.

Kiedy dowiedziałem się o tym flmie byłem pełen obaw, bo jednak 10 lat mogło zrobić swoje i poczucie humoru, będące znakiem rozpoznawczym, mogło się w pełnometrażówce rozpłynąć. Myliłem się kolejny raz. Film jest przezabawny. Nie obfituje w mnóstwo gagów czy mało lotnych żartów - zabawne są sytuacje w jakich znajdują się bohaterowie oraz to w jaki sposób się zachowują. Fabuła nie jest lotna, ale to nie przeszkadza w świetnej zabawie.

Technicznie mogę mieć zastrzeżenia tylko teł, które są statycznie, ale nie psują zabawy. Tak jak podczas seansu serialu, urzekła mnie muzyka, pełna gitarowych kawałków a'le flamenco.

Osoby znajdące serial i ogólnie realia Triguna - polecam z całego serca. Cała reszta może sie pogubić i zniechęcić do oglądania.

pozdrawiam

19:55, wojciechpaproch
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5